Ta witryna używa plików cookie, aby zapewnić użytkownikom maksymalny komfort przeglądania.
Aby dowiedzieć się więcej na temat cookies oraz w jaki sposób je wykorzystujemy, kliknij więcej informacji.

Akceptuję Więcej informacji

Autor:   

Zdjęcia: Dominik Kopyciński

 

 

 

Mówią, że czerwone samochody są szybkie. Dostając do testów Volvo w takim właśnie kolorze myślałem sobie, że ten odcień pasuje bardziej do spokojnego, skandynawskiego Świętego Mikołaja niż do narowistego kompakta spod znaku tej marki. Było inaczej, więc spróbujmy złamać stereotyp bezpiecznych i do bólu nudnych modeli Volvo.

V40 z pakietem R-Design i silnikiem T5 jest najlepszym argumentem przeciwko takim plotkom. Wystarczy tylko spojrzeć, by zauważyć, że szeroki grill z długą maska posiadającą kilka załamań oraz agresywne reflektory wraz ze światłami LED do jazdy dziennej zapowiadają, że samochód ma coś do zaoferowania. Pakiet stylistyczny, który zawiera pseudo karbonowy dach (dobrze wykonana naklejka), podrasowane zderzaki oraz inaczej wyglądający tył prężą muskuły. Tutaj się chwilę zatrzymam, ponieważ imitacja dyfuzora wraz z dwoma końcówkami rur wydechowych wygląda przepięknie. Oczywiście nie ma nic wspólnego z dociskiem samochodu do „gleby”, ale szpan jest. Ponadto napis Volvo widać już z daleka, więc wszyscy, których wyprzedzisz, będą wiedzieć co im ucieka.

Wszystko razem wygląda dobrze i nijak ma się do stereotypu kanciaka od Volvo, jaki jeszcze niedawno musieliśmy oglądać. Może jednak Chiny wpłynęły dobrze na markę? Wizualnie na pewno tak. Uzupełnieniem krwisto czerwonej rakiety są 17-calowe felgi, które nie są ani za duże, ani za małe. Warto dodać, że pakiet R-design można zamówić do każdej odmiany V40, więc jeśli chcecie zaoszczędzić na osiągach, a nadrobić wyglądem – proszę bardzo. Kosztować to Was będzie 11 300 zł.

 

 

Elementy pakietu pojawiają się również wewnątrz samochodu. Skórzane fotele z domieszką zamszu są dobrym kompanem podczas szybkiej jazdy, aczkolwiek posługiwanie się ich regulacją jest trudne nawet podczas postoju. Kto tam pochował te pokrętła? Kolejnym ogniwem R-Design jest logo na kierownicy oraz niebieskie wstawki. Reszta jest dokładnie taka sama jak u większych braci z gamy Volvo (ach ten ludzik od klimatyzacji). Czyli ciemno lecz elegancko i z elementami prawdziwego aluminium. Sam projekt konsoli centralnej jest jednak przeładowany i obsługa sporej ilości przycisków wymaga przyzwyczajenia, zwłaszcza, że niektóre są bardzo podobne i w niedalekiej odległości.

Ciekawym wyróżnikiem w tej czerni są dwa elementy. Po pierwsze w Volvo V40 można wybrać sobie motyw przewodni wyświetlania zegarów. Mamy trzy możliwości: Sport (czerwień), Elegance (Szary) oraz Zielony (Eco). Jest to ciekawe urozmaicenie, które zapewne niedługo będzie można spotkać w każdym aucie i w szerszej gamie opcji. Osobiście, by podkreślić czerwień lakieru używałem opcji Sport.

Po drugie testowy egzemplarz posiadał na pokładzie system Sensus Connected Touch. Ta multimedialna zabawka to temat na osobny artykuł, ale w skrócie to taka kopia smartfona w aucie. Za pomocą modemu GSM samochód na stałe połączony jest z Internetem, a program oparty na Androidzie pozwala na instalowanie aplikacji. Między innymi znajdziemy tam nawigację iGO, przeglądarkę internetową, Facebooka, Spotify, Deezer oraz inne. Oczywiście nie wszystkie aplikacje działają w Polsce oraz uzależnione są od zasięgu sieci, ale personalizacja systemu jest spora. Aplikacje są oczywiście darmowe, ale niestety jest ich na razie mało, a szkoda. Volvo – do roboty!

 

 

Jeśli chodzi o przestrzeń i praktyczność ciężko tu mówić, żeby Volvo V40 królowało w segmencie C. Długie drzwi utrudniają wsiadanie na tylną kanapę, która umówmy się, pomieści 2,5 osoby. Jeśli masz kogoś gabarytów połowy człowieka możesz go usadzić, jeśli nie to pozostaje Ci przynajmniej miejsce na kubki. Ponadto siedząc z tyłu brakuje miejsca na nogi. Z przodu oczywiście jest wygodnie i nie sposób narzekać na przestrzeń. Omawiając dalej zostaje jeszcze bagażnik, gdzie zmieścimy parę walizek. Oczywiście 335 litrów to nie oszałamiający wynik, ale na zakupy czy wyjazd we dwoje wystarczy.

Krwistoczerwony lakier skrywa pod sobą jednak dużo ciekawsze rzeczy. Najważniejszą z nich jest pięciocylindrowy silnik T5 posiadający turbosprężarkę oraz 245 koni mechanicznych. To sporo, a zważywszy, że z 2,5 litra można uzyskać 360 NM maksymalnego momentu obrotowego, autem można pojeździć naprawdę szybko i dynamicznie. Do tego dochodzą niezłe wrażenia akustyczne z układu wydechowego. Osiągi samochodu to 6,1 sekundy do setki oraz 250 km/h prędkości maksymalnej. Oglądając się na konkurencję to niezła alternatywa.

Uzupełnieniem tych wartości jest automatyczna skrzynia biegów. Sześć biegów spokojnie radzi sobie z mocą auta, a także z elastycznym wyprzedzaniem. Ją również można dobrowolnie dobierać od trybu normalnego do opcji sportowej, gdzie działa błyskawicznie. Co innego można jednak powiedzieć o układzie kierowniczym (mało precyzyjny mimo możliwości wyboru kilku stopni wspomagania) oraz hamulcach. Jak na 1,6 tonowe auto gwałtowne hamowanie prowadzi do szybszej palpitacji serca. Po prostu mogłyby być troszkę mocniejsze i wydajniejsze, by temperować samochód. Ponadto do pełni szczęścia brakuje napędu na cztery koła, nawet za dopłatą. Wówczas jazda byłaby pewniejsza, a kontrola trakcji miałaby mniej roboty. Tak poza tym, można ją wyłączyć tylko przez Menu, a nie jak to zazwyczaj bywa, pospolitym przyciskiem.

 

 

W sportowym tonie zestrojono jednak zawieszenie. Jest ono obniżone o 11 milimetrów i składa się z kolumn MacPhersona z przodu oraz układu wielowahaczowego z tyłu. Skutkuje to tym, że samochód nigdy nie przechyli Wam się na boki, nawet przy ciasnych skrętach, ale po kilkugodzinnej jeździ wypadnie Wam dysk. Przez takie ustawienie auto nie jest komfortowe nawet ociupinę. Każda nierówność przekazywana jest wprost na pasażerów. Jedynym plusem takiego założenia jest fakt, że to wersja specjalna i tak po prostu ma być, a twardość zawieszenia zachęca do sportowego podróżowania.

Jak na razie wszystkie moje argumenty łamią stereotyp typowego, bezpiecznego Volvo. Jednakże pamiętajmy, że to jednak dzieło skandynawskiej marki, więc elektroniczne systemy bezpieczeństwa są, aczkolwiek dobrze ukryte. Oprócz wszędobylskich poduszek powietrza (jedna jest nawet pod maską w celu ochrony pieszych) auto wyposażone jest w asystenta pasa ruchu, asystenta martwego pola, aktywny tempomat, a także system awaryjnego hamowania do 50 km/h. Myślicie, że to blef? To faktycznie działa informując nas najpierw czerwonymi lampkami oraz dźwiękiem, a później mocnym hamowaniem. Sprawdzone na osiedlowych uliczkach.

Okiem przedsiębiorcy

Volvo V40 T5 R-design kosztuje… no właśnie, myślicie pewnie że 200-250 tysięcy. Nic z tego testowy egzemplarz po doposażeniu wyceniono na okolice 165 tysięcy złotych. Biorąc pod uwagę, że bazowa wersja to 140 tysięcy złotych, Volvo jest dobrze skalkulowane, a jego koszt dość atrakcyjny. Jeśli chodzi o paliwożerność, jak to bywa u sportowców, spalanie się mocno wacha: od 8 l/100km do nawet 20 l/100km przy iście torowej jeździe. Biorąc jednak pod uwagę segment Premium, w którym jest sporo drożej, a Volvo się o niego ociera - ja nie widzę lepszej alternatywy.

 

 

Jak widać Volvo V40 z silnikiem T5 oraz pakietem R-Design nie jest spokojnym, skandynawskim Świętym Mikołajem, a raczej szaloną Mikołajką. Stereotyp nudnej oraz bezpiecznej marki został spokojnie złamany, a co więcej to co z niego najlepsze, Volvo zaszczepiło w testowanym egzemplarzu dodając jedynie garści sportowych emocji. Połączenie wyszło ekstremalnie dobrze!

 

 

 

 

źródło: auto-strefa.pl
Wszelkie kopiowanie bez zgody zabronione!

Więcej z kategorii Samochody nowe

Drukuj

Email

 

Ceny paliw

Sprawdź ceny paliw w swoim województwie:

mapka

Informacje

fotoradary

video patrole